sobota, 30 sierpnia 2014

Jak ludzie dbają o auta - krótka przygoda z Golfem

Pokaż mi czym jeździsz, a ja powiem Ci kim jesteś... Nie raz  mogliśmy przeczytać podobną formułkę na jakimś forum, bądź usłyszeć ją z czyichś ust. I faktycznie te słowa w wielu przypadkach mają rację bytu. Bo w wielu przypadkach dbanie o samochód ogranicza się wyłącznie do jego umycia. A co z resztą? No, to akurat będzie ewentualny problem nowego właściciela samochodu...


Są ludzie, dla których samochód to członek rodziny, tacy chuchają i dmuchają na swoje autko, żeby nie tylko wizualnie, ale i technicznie było wręcz perfekcyjne (znam takich). W drugiej grupie są osoby, które tylko wizualnie dbają o auta - od czasu do czasu je myjąc i odkurzając wewnątrz, a żeby ludzie widzieli, że ich nie zapuszczają. No i oczywiście są jednostki, które o samochody nie dbają w ogóle - ani od strony wizualnej, ani od strony mechanicznej (uwierzcie - takich też znam). Jak w aucie coś nie domaga, to jeśli istnieje taka możliwość - najlepiej coś zespawać, albo w ostateczności wymienić, a później tylko auto trochę "podłechtać" i sprzedać.
Najczęściej takie przyszykowanie do sprzedaży polega na wymianie elementów, które stukają i pukają; umyciu samochodu, silnika, oraz wyczyszczeniu wnętrza tak, żeby samochód dla przyszłego (jeszcze krótko po zakupie szczęśliwego) nabywcy prezentował się jak najlepiej. Ale to jest metoda chyba ogólnie wszystkim znana:-)

Niestety ludzie często jeszcze się na to nabierają. W tym poście trochę przybliżyłem Wam moją krótką przygodę z Vw Golfem III, teraz trochę bardziej rozwinę temat. 

Samochód niesłychanie rozchwytywany przez mojego wuja i jego familię. Golf jak to Golf - nigdy fanem tych samochodów nie byłem, ale po licznych ochach i achach również ja wsiadłem za kierownicę popularnej "trójki". Ale zacznijmy od wyglądu: kolor czerwony, stalowe felgi, gdzie nie gdzie malutkie ogniska korozji. Poza tym wglądał... no po prostu normalnie.

Pod spód auta nie zaglądałem, bo nie byłem nim tak zafascynowany jak jego właściciele. Więc nie jestem w stanie powiedzieć jak prezentowało się podwozie. Pytać, też nie pytałem.
Pod maską Golfa pracował najpopularniejszy diesel świata - czyli 1.9 TDI o mocy 90 KM. Suchy, bez żadnych wycieków. Wnętrze też wyglądało na zadbane. Więc na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że za wszystkimi zachwytami stoją solidne argumenty. Jednakowoż wszystkie teorie wzięły w łeb, kiedy przekręciłem kluczyk... Silnik pracował bardzo głośno, do wnętrza przechodziły wszelkie drgania, które wprawiały w lekkie wibracje całą deskę rozdzielczą. No, ale cóż jak się powiedziało A, to trzeba również powiedzieć B. Wrzuciłem pierwszy bieg i w drogę. Dziwnym był fakt, że jak na silnik wysokoprężny brakowało mu wigoru na niższych obrotach i przy redukcji na skrzyżowaniu potrafił nawet zgasnąć.

Pozostawmy to jednak za nami. Może coś więcej o wrażeniach z jazdy. Otóż przy mniejszych prędkościach nie było tak źle - w miarę możliwości cicho i jako tako dało się rozmawiać bez podnoszenia głosu. Niesłychane i zarazem niepokojące było to, co zaczęło dziać się potem kiedy wcisnąłem pedał gazu trochę mocniej - hałas we wnętrzu robił się coraz bardziej uciążliwy, a drgania deski rozdzielczej przybierały na sile potęgując nieznośne dźwięki. Jadąc z prędkością 80 km/h miałem wrażenie jakby ktoś po kolei zaczynał odkręcać śrubki w samochodzie, przyspieszając do 100 km/h czułem jakby zaraz wszystkie spawy miały puścić, a ja sam zostałbym skulony w fotelu z kierownicą w dłoniach. To chyba było maksimum, które ten samochód mógł z siebie wykrzesać, a przynajmniej ja nie chciałem wiedzieć czy na więcej go stać. Moje negatywne spostrzeżenia spotęgowały hamulce. Nie były one najgorsze, ale przy jednym mocniejszym hamowaniu tylne klocki nie odbiły, a hamulce lekko się zapaliły... To było apogeum, które przelało czarę goryczy. I szczerze nie obchodziło mnie już, że ten samochód był tani w utrzymaniu (chociaż ten to raczej niekoniecznie) oraz to, że średnio palił 5 litrów na 100 km. Dla mnie był to najgorszy samochód z jakim kiedykolwiek miałem do czynienia.

Vw Golf III to nie jest zły samochód, co po niektórym może się jedynie źle kojarzyć. Ale ten konkretny, który Wam przedstawiłem był zły, bardzo zły. A jego historia nie do końca wiem jak potoczyła się dalej, wiem tylko tyle, że po dwóch latach użytkowania jego cena drastycznie spadła, a te malutkie ogniska rdzy... no cóż, nie były już takie małe. Jedno jest pewne - poprzedni właściciel w ogóle o niego nie dbał, a kiedy już go sprzedał na pewno był bardzo zadowolony z udanej dla siebie transakcji.

Dobrze, że ludzie przed zakupem coraz częściej oglądają samochód z każdej strony i zastanawiają się po dziesięć razy czy "go brać, czy nie brać", bo wtedy mogą uniknąć "idealnego zakupu". Niestety ci, którzy decydują się na zakup pod wpływem impulsu, często później tego żałują.


1 komentarz:

  1. Ja miałem Golfa III przez 2 lata i nie miałem z nim najmniejszych problemów. Nigdy nic mi się w nim nie zepsuło a swoje kilometry miał i to niemałe. Zanotowana tylko jednorazowo przebita opona, poza tym nic innego, także autko jak marzenie (poza tym opona to nie wina auta!)

    OdpowiedzUsuń